Bibliofil zorganizowany

Pamiętają Państwo film „Dziewiąte wrota” Romana Polańskiego? Głównym bohaterem był tam bibliofil, który na zlecenie bogatych kolekcjonerów poszukiwał „białych kruków”. Podobnym zajęciem para się Paweł Podniesiński. Z tą różnicą, że robi to nie w filmie, a w rzeczywistości. I bez niesamowitej otoczki, za to z trzeźwym, biznesowym spojrzeniem.

Prowadzona przez niego firma Portolan wyrosła z Akademickiego Inkubatora Przedsiębiorczości przy Uniwersytecie Warszawskim. Dziś jej analizy rynku bibliofilskiego cytują zarówno specjalistyczne periodyki, jak i wysokonakładowa prasa ogólnopolska.

CM: Paweł Podniesiński: człowiek, który „robi w starodrukach”. Czym dokładnie się pan zajmuje?

Paweł Podniesiński: Nie tylko w starodrukach. Generalnie „robię” w książkach: kolekcjonerskich, zabytkowych, poszukiwanych, rzadkich. Czym się zajmuję? Wieloma rzeczami, które wiążą się z książkami. Od różnego rodzaju ekspertyz i szacowania wartości, do wyszukiwania rzadkich książek bądź klientów, którzy chcieliby takie książki kupić.

CM: Jak wygląda realizacja takiego zlecenia? Ktoś do pana dzwoni i mówi, że szuka takiej to a takiej starej książki. I co dalej: antykwariaty, aukcje, Internet? Przetrząsanie ogłoszeń, a może osobiste kontakty w środowisku bibliofilskim?

 

P.P.: W poszukiwaniach książki wykorzystuję wszystkie możliwe sposoby. W jednym z ostatnich tropem był nawet film na Youtube. Co prawda nie udało się kupić tej książki, ale klient był i tak zachwycony, że zdobył kontakt i inne cenne dla niego informacje.

Zazwyczaj poszukiwania zaczynam od zaprzyjaźnionych antykwariatów, sieci internetowej i kolekcjonerów, którzy albo sami posiadają takie pozycje, albo mogą wiedzieć, kto je posiada. Czasami po zlokalizowaniu pewnych unikatów trzeba je osobiście odebrać. Mam już za sobą wyjazdy po odbiór książek do Paryża, Londynu, Berlina i innych miast. Często wyjazd taki jest organizowany tak szybko, że pobyt trwa tylko kilka godzin – byle odebrać książki i przy okazji odwiedzić ze dwa lub trzy antykwariaty, bo być może znajdują się tam inne ciekawe obiekty.

Z jednym takich wyjazdów wiąże się ciekawa historia. Celnicy na lotnisku zdziwili się prawie pustą walizką. Jedynymi przedmiotami w tej walizce były materiały do pakowania – folia bąbelkowa, taśma do klejenia itp. Musiałem je ze sobą zabrać, bo na odbiór książki i powrót na lotnisko miałem trzy godziny, więc nie miałem czasu szukać materiałów do zabezpieczenia książki na miejscu, w razie gdyby antykwariusz nie miał swoich.

W kilku przypadkach do odnalezienia rzadkiej książki wystarczyła uważna lektura zagranicznych list dyskusyjnych, gdzie odpowiedź na różne pytania powodowała zainteresowanie innych uczestników. Takie dyskusje, z pozoru niehandlowe, zaowocowały kilkoma ciekawymi transakcjami.

CM: Skąd pomysł, by zająć się właśnie czymś takim? Jakie były początki?

P.P.: Od zawsze interesowałem się literaturą. Po liceum pracowałem jakiś czas w drukarni, gdzie rozwinęły się moje zainteresowania książką jako obiektem materialnym. Postanowiłem studiować trochę nierynkowy kierunek: bibliotekoznawstwo. Tam zacząłem się specjalizować w historii książki, w związku z czym trafiłem na poważny rynek antykwaryczny, m.in. na aukcje organizowane przez polskie i zagraniczne antykwariaty. W ten sposób początkowa pasja przerodziła się w pomysł na biznes i na życie. Przez prawie dwa lata działałem w Akademickim Inkubatorze Przedsiębiorczości, co pozwoliło mi określić i potwierdzić moje cele i umiejętności. Potem była już własna firma.

CM: Na ile duży był przeskok między inkubatorem a własnym biznesem? Czy wiązało się to z dużym rozszerzeniem zakresu działalności i jakimiś inwestycjami?

P.P.: W AIP zajmowałem się dokładnie tym samym co teraz. Skala była oczywiście mniejsza, choć i wtedy zdarzały się duże zamówienia - np. dla Biblioteki Narodowej. Uruchomienie działalności gospodarczej nie wymagało ode mnie praktycznie żadnych inwestycji. W miarę rozwoju firmy pojawiały się rozmaite potrzeby wymagające inwestowania w sprzęt, specjalistyczne oprogramowanie, dostęp do płatnych baz danych czy też wynajęcie biura.

Problem skali dodatkowo wiązał się z możliwością zawierania umów, co w przypadku AIP znacznie wydłużało czas i wprowadzało sporo zamieszania – podmiotem takiej umowy był bowiem był Inkubator, a nie moja firma. Mam nadzieję, że obecnie świadomość działania inkubatorów jest znacznie większa niż w 2006 roku. AIP UW był jednym z pierwszych takich projektów w Polsce, więc potencjalnym klientom trzeba było tłumaczyć idee z tym związane.

CM: Skąd brać wiedzę potrzebną do działania na tak specyficznym rynku? Studia, potem własne doświadczenie – to wystarcza czy trzeba czegoś jeszcze? A może są w tej branży jakieś specjalistyczne kursy?

P.P.: Kiedy zaczynałem, takich kursów nie było. Podstawę dostałem na studiach. Mogłem tam nawiązać kontakt z wykładowcami nie na zasadzie odbębniania zajęć, tylko wspólnej pasji, z której wynikała relacja mistrz-uczeń. Później była już regularna, ciężka praca: obserwacja rynku, samokształcenie, wyszukiwanie informacji, rozmowy z klientami i antykwariuszami. Z czasem, kiedy poznałem środowisko antykwaryczne i kolekcjonerskie, stało się to łatwiejsze. Mogę teraz znaleźć osobę, która specjalizuje się w pewnej tematyce i zdobywać wiedzę na zasadach nawet towarzyskich.

Jeśli chodzi o kursy antykwaryczne, to były takie w latach 80., ale teraz się ich nie prowadzi. Od kilku lat są natomiast kursy dla kolekcjonerów i studia kierunkowe. Mają one na celu wykształcenie poważnego kolekcjonera, który będzie też mógł pracować w galerii czy antykwariacie. Można też uczęszczać na kursy kilkugodzinne, które dają wstęp do pewnych pojęć z zakresu kolekcjonowania dzieł sztuki i przedmiotów zabytkowych, w tym także książek i dokumentów.

CM: Jak duży jest w Polsce rynek starych, unikatowych książek? Jak dużymi pieniędzmi się na nim obraca i kto to robi: ludzie, którzy takie rzeczy kupują z sentymentu, czy może jest to już forma lokaty kapitału?

P.P.: Mówiąc o rynku musimy mówić o dwóch rzeczach. Pierwsza to strona profesjonalna, czyli antykwariaty i zorganizowany rynek antykwaryczny, a druga to klienci.

Jeśli chodzi o antykwariaty, to w Polsce jest około 150-200 firm, które działają na polu książki używanej czy zabytkowej. Są to zarówno firmy, które mają swoje sklepy, jak i takie, które działają tylko w Internecie. Nie ma jednoznacznych badań, które określiłyby, ile ich jest dokładnie. Najłatwiej obserwować antykwariaty z długoletnią tradycją, organizujące klasyczne aukcje, gdzie licytujemy nie zdalnie, jak np. na Allegro, tylko w sposób znany znamy z filmów czy telewizji…

CM: …czyli fizycznie w jednym miejscu jest przedmiot, sprzedający i kupujący lub przedstawiciel kupującego?

P.P.: Można tam być osobiście, można też zlecić antykwariatowi swój limit. Wtedy pracownik antykwariatu licytuje w naszym imieniu, zachowując oczywiście standardy etyczne. W niektórych przypadkach, jeśli w grę wchodzą droższe rzeczy lub gdy jesteśmy dobrze znani antykwariuszowi, można poprosić o udział telefoniczny i licytować przez telefon.

Trzeba jednak zaznaczyć, że antykwariatów organizujących tradycyjne aukcje jest w Polsce niewiele. Inaczej niż na świecie. W każdym razie takie aukcje to jedyna rzecz, którą możemy zmierzyć badając rynek antykwaryczny. Nie da się oszacować całego rynku starej książki w Polsce, bo firmy strzegą tajemnicy handlowej i niespecjalnie chcą się chwalić swoimi obrotami. W dodatku duża część tego rynku to transakcje prywatne, zawierane poprzez serwisy aukcyjne jak Allegro czy eBay. Obserwuję, że trafiają tam coraz ciekawsze rzeczy, które w ten sposób omijają specjalistów. W każdym razie – możemy badać tylko rynek aukcyjny, a ten według moich ocen (a tak się składa, że tylko ja robię takie badania) stanowi niewielką część całego rynku książki. Roczne obroty na aukcjach w Polsce to około 10 mln zł.

To jest ta profesjonalna strona rynku książki. Jeśli chodzi o stronę klientów – to owszem, są tacy, którzy kupują książki w związku z ich wartością materialną. Taki typ inwestycji określany jest słowem tezauryzacja: kupienie drogocennej rzeczy i ulokowanie w niej kapitału na dłuższy czas, z potencjalnym zyskiem liczonym w perspektywie nie miesięcy, ale kilku-kilkunastu lat.

Inni klienci kolekcjonują, bo jedną z potrzeb człowieka jest posiadanie jakiegoś hobby. A takim hobby może być właśnie zbieranie druków i wydawnictw dotyczących określonych tematów lub mających określoną formę. Te dwa typy kolekcjonerów trudno wyraźnie rozgraniczyć, bo one się przenikają.

Trzeci typ kupuje rzadkie pozycje ze względu na ich tematykę, np. w związku z amatorskimi badaniami naukowymi czy też zainteresowaniami w ogóle. Tacy klienci zwracają uwagę na treść, mniej na formę.

CM: Czy ten rynek się zwiększa? Biorę tu pod uwagę dwa czynniki: raz, że przybywa ludzi zamożnych, którzy chcieliby w takie rzeczy inwestować lub kupować je dla hobby. Dwa – mamy otwarte granice wewnątrz Unii Europejskiej oraz Internet jako ponadgraniczne źródło informacji i narzędzie do handlu. Tu oczywiście dochodzi kwestia prawnych ograniczeń obrotu przedmiotami zabytkowymi, ale gdyby tak ocenić ogólnie: na ile nasz rynek przekracza granice Polski?

P.P.:  Otwarcie granic ma oczywiście znaczenie, nie tylko to związane ze strefą Schengen i łatwością podróżowania. W 2010 roku znowelizowano ustawę o zabytkach, która teraz w sposób bardziej liberalny zezwala na wywiezienie starych książek za granicę. Trzeba jednak brać pod uwagę, że rynek zachodni nie jest specjalnie zainteresowany polskimi książkami, bo jest nasycony przedmiotami – co tu dużo mówić – wyższej klasy artystycznej.

Poważną barierą jest też język: trudno tam znaleźć klienta, który chciałby czytać np. naszą poezję, bo po prostu mało kto mówi tam po polsku. W drugą zaś stronę – polski rynek jest bardzo skoncentrowany na rzeczach związanych z naszym krajem. Nie ma więc też dużego przepływu z zagranicy do nas. Na rynkach zagranicznych wyszukuje się przedmioty dotyczące Polski i sprowadza się, by je tutaj sprzedać.

Zwiększenie takiego ruchu widać po wejściu Polski do Unii Europejskiej oraz po znowelizowaniu wspomnianej ustawy. Przepisy w tej materii są różne w różnych krajach. W niektórych są liberalne, w niektórych ostrzejsze. Nie ma jednego europejskiego przepisu, który by to regulował.

CM: A wracając do tendencji rynkowych…

P.P.: W swoich badaniach odnotowuję niewielki, ale stały wzrost rynku. Jest to o tyle ciekawe, że światowy kryzys gospodarczy nie miał negatywnego wpływu na wysokość obrotów w Polsce. Możemy również powiedzieć, że przybywa osób zamożnych, zainteresowanych rzadkimi i cennymi książkami. Dochodzą do mnie głosy organizujących aukcje antykwariuszy, które sugerują problem z podażą, a nie popytem. Kolekcjonerzy posiadający cenne książki nie chcą ich sprzedawać pomimo tego, że na ich zakup są chętni.

W niektórych obszarach widać wzrost cen ze względu na kolekcjonerów zagranicznych, dysponujących większymi możliwościami finansowymi. W ostatnich latach wysoko wzrosły ceny na międzywojenną awangardę literacką, np. pierwodruki Brunona Schulza.

CM: Zdarzało się panu szukać na czyjeś zlecenie poloniców za granicą?

P.P.: Oczywiście, zresztą nie tylko na zlecenie. Sam również wyszukiwałem polonica i sprowadzałem je do Polski. Niektórymi udało mi się zainteresować Bibliotekę Narodową, można więc powiedzieć, że powiększyłem narodowe zasoby kultury.

CM: Jak pan ocenia, w co warto zainwestować i co się potem w Polsce sprzeda?

P.P.: Oceniam głównie poprzez analizę rynku i własne doświadczenie. Inwestowanie w obiekty, które są nieznane na polskim rynku, wiąże się z ryzykiem, czy uda się w krótkim czasie znaleźć zainteresowanego klienta. Takim klientem może być kolekcjoner lub instytucja – tu nie ma reguły. Czasami poszczególne pozycje wystawiam na aukcjach antykwarycznych. Tych tradycyjnych, nie internetowych.

CM: Może parę przykładów szczególnie ciekawych pozycji, które przeszły przez pana ręce?

P.P.: Przez moje ręce przeszedł na przykład duży zbiór książek ilustrowanych przez ilustratora polskiego pochodzenia, urodzonego w Łodzi Żyda, Artura Szyka. Zrobił on niesamowitą karierę w USA, a przez wiele lat był w Polsce nieznany. Dopiero w latach 90. odświeżono w Polsce pamięć o nim, ale jego prace były u nas bardzo trudno dostępne.

Innym przykładem był ciekawy zbiór ilustracji ornitologicznych, wydanych pod koniec XIX wieku, a narysowanych przez emigranta po powstaniu styczniowym, Józefa Gracjana Brojnowskiego. Wyemigrował on do Niemiec, potem do Australii i okazało się, że człowiek bez przygotowania naukowego zrobił jeden z najlepszych albumów ptaków z Australii, Nowej Zelandii i okolic. Historia zawiera wzmiankę o tym autorze: Ignacy Paderewski widział te albumy, spotkał się z ich autorem i zachwycony miał kupić komplet dla Biblioteki Jagiellońskiej. Nie wiem, czy ostatecznie one tam trafiły, w każdym razie przez ponad 100 lat ten człowiek był dla Polaków prawie nieznany.

CM: Czy kolekcjonerzy szukają częściej pojedynczych książek czy właśnie takich zbiorów?

P.P.: Zazwyczaj pojedynczych, takich, które zapełnią jakąś lukę w ich kolekcjach. Nie oznacza to jednak, że nie są zainteresowani kompletnymi zbiorami. Zdarzają się sytuacje, że ktoś dopiero zainteresował się pewną tematyką, autorem czy ilustratorem i nie spodziewa się, że ktoś mógłby mieć do sprzedania duży zestaw dotyczący jego poszukiwań. Wiem, że zdarzają się klienci zainteresowani budowaniem prywatnej biblioteki zupełnie od podstaw, jednak ja takimi zleceniami nie jestem zainteresowany.

CM: Czy z takiego pośrednictwa i ekspertyz da się wyżyć?

P.P.: Nie jest to moja jedyna działalność. W ramach dywersyfikacji na wypadek kryzysu w branży antykwarycznej robię jeszcze parę innych rzeczy. Ale owszem, da się z tego wyżyć. Przetrwałem najtrudniejszy okres, czyli pierwsze dwa lata, kiedy to pada ponad połowa nowych firm. Moja działa już sześć lat, co pokazuje, że w takiej niszy można funkcjonować i się z niej utrzymać. 
 

Rozmawiał: Andrzej Białczyński

Skomentuj artykuł